Kategorie

  • Brak kategorii

Tadeusz Gadacz, „O umiejętności życia”

„(…) samotność jest niezbędnym warunkiem spotkania i więzi. Gdyż tak jak most może połączyć tylko rozdzielone brzegi, tak do głebokich więzi z innymi zdolni są tylko ci, którzy zdolni są wpierw do oddzielenia i odosbnienia. By związać się z innymi naprawdę, trzeba przejść przez doświadczenie samotności.”

Biebrza

Wstajemy bardzo wcześnie, jest jeszcze ciemno i ładujemy się do samochodu. Jedziemy powoli przez zamarznięte drogi, wokół żywego ducha, powoli mrok zaczyna rzednąć. Drzewa jak widma, ośnieżone, zamazują mi się przed oczami, powieki mam jak ołów. Wypatruję na próżno łośków, aż do chwili kiedy M. dostrzega dwa po naszej lewej. Siedzimy znieruchomiali, one też, jakbyśmy nawzajem nie chcieli siebie spłoszyć. My udajemy, że nas nie ma, one też. Trwa to ułamki sekund, a potem ruszają w las.

 

Obraz wraca do punktu wyjścia; ten sam nieprzenikniony las, te same drzewa, tylko coraz jaśniej, świta, lecz wokół nadal żywej duszy. Znów ta chwila otarcia się o wieczność i nierzeczywistość, jak zawsze w takich miejscach. Dziwne uczucie dojmującej pustki. Pustki, której się łaknie, i która jest przyjemna; żadnej tęsknoty w tyle głowy, choć jest tak bardzo zimno. Wieje lodowaty wiatr, temperatura wciąż poniżej zera, jest zimniej niż na Antarktydzie latem. Aż trudno zrozumieć, jakim sposobem ten wiatr w ogóle wieje, powinien przecież zamarznąć w locie, tak bardzo szczękamy zębami.


Ruszamy na bagna. Z oddali majaczą porzucone wieże widokowe i mostki ornitologiczne. Za kilka miesięcy zaroją się od obserwatorów, voyerów, podglądaczy; zapełnią się od westchnień, pohukiwań, ochów, achów. Dziś nie ma tu nikogo z lornetką, jest zaśnieżony trakt i cisza zakłócana wiatrem. Dookoła zlodowaciałe patyki i badyle, biel, szarość, czasem bagienny beż. Przestrzenie nieskończone i nietknięte, na których jesteś znikąd, zresetowany do dzisiejszej chwili, nie ma z kim wymienić spojrzenia, nie ma cię. Brniemy po kostki w bagnie, przymrozek wciąż nie ściął powierzchni. Brniemy przed siebie jakby poza czasem, poza rzeczywistością, w zimną i senną nicość.

Zawsze bardzo chcę wierzyć że. Tylko, że nie ma gwarancji, ani rękojmi na uczucia.

w drodze do Kopytkowa

Najważniejsze, żeby udało wam się szybko wydostać z Warszawy. A jak już dojedziecie do Dolistowa, to dzwońcie. U nas to korków nie ma, u nas tylko łosie. Ale można się zgubić. – takimi przestrogami uraczył nas przez telefon gospodarz agroturystycznej kwatery nad Biebrzą. Uzbrojeni w GPS i złaknieni pustkowia, ruszamy.

 

Zmierzaliśmy do Kopytkowa, inaczej mówiąc, na koniec świata. Przez „Polskę B”, tak ulubioną przez publicystów, na wschód i na północ, gdzieś jeszcze dalej, do Polski X, którą trudno dobrze oznaczyć na mapie. Choć nazwa wsi brzmi gastronomicznie i swojsko, to tereny, na których się znajduje, są bez mała egzotyczne. Ma być jedno wielkie bagno, dużo błota i mało ludzi. Czytam sobie Konwencję Ramsarską o obszarach wodno-błotnych mających znaczenie międzynarodowe. Podpisało się 158 państw. Biebrzańskie bagna bez kompleksów widnieją na liście w towarzystwie argentyńskiego Chaco i delty Okavango w Bostwanie.


Najpierw długo, długo jedziemy w ciemnościach. Ani śladu żywego ducha. Wokół las, nietknięty, cały w śniegu. Kiedy wjeżdżamy na Carską Drogę, M. uśmiecha się i mówi, że to najbardziej łosiogenne tereny: tutaj przyjedziemy za dnia. Tymczasem około północy docieramy na miejsce. Rumcajs przysnął w oczekiwaniu na nas, budzi się na odgłos silnika za oknem. Zaprasza nas do środka, i w świetle w sieni wreszcie widać, że rzeczywiście jest Rumcajsem – ma gęstą rudawą brodę, jest malutki, jak żywcem przeniesiony z bajki. Od razu wzbudza moją sympatię. Rozpala ogień w kominku, żeby nam było ciepło w nocy. Przed snem przyklejam nos do okna, wypatrując łosia, lecz widzę tylko kawałek płotu…

c.d.n.

pierwszy październik w Wawce

Pierwszy październik w Wawce upłynął mi na wykańczaniu mieszkania, tak samo jak czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień;). A może to mnie wykańczali wykonawcy;) Ale już mieszkam u siebie, i choć wciąż połowa rzeczy jest w rozsypce, to już od drzwi wejściowych ogarnia mnie swego rodzaju błogość;)

WYSPY OSWOJONYCH SMOKÓW

„Za jakie grzechy mam chodzić w upale po kamieniach?”, pokpiwa sobie młody Anglik wyskakując z łodzi na czarny, skalisty brzeg. Jak okiem sięgnąć, widać tylko zastygłą lawę i ocean. To nietypowa sceneria na wakacje mieszczucha. Żadnych palm ani drinków z parasolką. Wręcz przeciwnie, krajobraz o nienarzucającej się urodzie. Do najbliższego lądu – Ekwadoru – prawie tysiąc kilometrów. Do Kostaryki jeszcze dalej, tysiąc sto. Prawdziwe pustkowie na równiku; nieprzychylny, prawie księżycowy pejzaż.

 


Ślady cienia można znaleźć tylko w lesie kaktusów o monstrualnych kolcach. Pod pniami opuncji leniwe iguany lądowe dobierają się do zielonych owoców tuna, nie zważając na setki sterczących igieł. Te metrowej długości jaszczury niezaprzeczalnie władają ciemnym królestwem lawowej pustyni. Zaopatrzone w grzebienie z rogowych kolców na łbach i grzbiecie, wyglądają jak prehistoryczne dinozaury albo baśniowe smoki. Są opasłe, jakby pożarły już niejednego rycerza w zbroi. Z tą tylko różnicą, że tu, na równiku, jest im zbyt gorąco, by ziać ogniem na nasz widok.  

Jeden z legwanów łypnął okiem w moją stronę… Jednak najwyraźniej nie jestem stworzeniem godnym zainteresowania krogulca, ba, nawet nie nadaję się do pożarcia. A może uznał mnie za spowinowaconą z niegroźną dlań foką, jakich pod dostatkiem w okolicy? Ziewnął nie ruszywszy się ani o milimetr z zajętej pod kaktusem pozycji strategicznej. Tylko smakowita kolczasta kulka mogłaby go wyrwać z letargu. Wygląda na to, że legendy o niepłochliwych zwierzętach z Galapagos zaczynają się właśnie potwierdzać na moich oczach.

jesień na progu

Czasem słońce, czasem deszcz. Już nadszedł ten dzień, który przełamuje lato.

po urlopie

Wróciłam z wakacji. Byłam w miejscu, w którym rządzi tobą tylko szczery zachwyt, tak ogromny, że inne uczucia nie mają już dostępu. Cudnie.

wykończeniówka

Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni – tak z pewnością będzie z wykańczaniem mojego mieszkania. Ponieważ jest w stanie surowym, na mojej głowie koncepcja i przeprowadzenie tej odysei do szczęśliwego końca.

 

Po dwóch miesiącach wybierania, zamawiania, szukania fachowców, poganiania ich, zmienianiu na lepszych lub gorszych, i czekania na zamówione materiały, w końcu widzę światło w tunelu. Kosztowało mnie to wiele mniej i bardziej produktywnych dyskusji z glazurnikami, parkieciarzami, hydraulikami, elektrykami, złotymi rączkami od siedmiu boleści i starymi wygami, którzy zjedli na budowach zęby.

 

Okazało się, że ekipy budowlane mają mnóstwo pracy i trzeba się do nich umawiać z takim wyprzedzeniem, jak do dermatologa w państwowej przychodni. Biorąc pod uwagę, że to męski świat, w którym młoda blondynka w pojedynkę nie jest traktowana zbyt poważnie, a kończąc na tym, że w dzisiejszych czasach z budowlańcami trzeba się obchodzić jak z jajkiem, bo jest ich za mało, już się bałam, że ze mnie jako blondynki nic nie zostanie, gdyż prędzej osiwieję, niż się wreszcie wprowadzę do siebie.

 

Ostatecznie jednak nauczyłam się mnóstwa rzeczy, w pogawędkach żongluję już takimi pojęciami jak wzornik ICA, majolika, zawiasy wewnętrzne, klej do gresu, ościeżnica i inne cuda na kiju. Oszukują mnie coraz rzadziej, i zaczynam widzieć oczami wyobraźni to wyczekane mieszkanie, które będzie wreszcie moje, i takie jak ja – pół żartem, pół serio ;-)

   

I będzie tak: na zewnątrz post-polis, miasto, obserwacja uczestnicząca, na całego warszawska siła rażenia. A wewnątrz, za drzwiami mieszkania – kawałek zinterpretowanej przeze mnie przestrzeni, w której nic tylko pisać, czytać, gotować i gościć przyjaciół. Marzę o tej chwili.

wpadłam w Warszawę

Wpadłam w Warszawę, znienacka, szybciej niż się spodziewałam. Z dnia na dzień moi pracodawcy przenieśli mnie z siedemnastowiecznej kamienicy w Krakowie do centrum Warszawy, gdzie z okien widać Pałac Kultury – widok zgoła odmienny niż kamienna brukowana uliczka pełna szkolnych wycieczek o każdej porze roku. Miało być tylko na chwilę, a będzie na dłużej. I zmiana jest duża – znów czuję, że żyję, aż po cebulki włosów.

Po Poznaniu, Valladolid, BCN, Bs As i KRK, przeprowadzek już mi wystarczy. Czy wkrótce stanę się ofiarą hasła „Zakochaj się w Warszawie”?;-) Całkiem możliwe, bo tak już ma, że lubię lubić miejsca, w których mieszkam ;-)

Moje życie znów nabrało dynamiki trąby powietrznej. Tymczasem na ul. Żurawiej, w pracowni gorsetów „U Anieli”, pani Aniela pochyla się nad maszyną do szycia - za przykurzoną firanką, za wachlarzem z luster, jakby nigdy nic.

Przede mną najfajniejszy czas – poznawania nowych miejsc, oswajania miasta, sprawdzania skrótów, wpadania w nieoczekiwane miejskie pułapki, wypatrywania na czym polega „warszawskość”, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy „stacja Warszawa”, obserwowania do n-tej potęgi wciąż przez wyostrzoną źrenicę, zanim ją przyćmi rutyna i przyzwyczajenie, zanim poczuję się u siebie i przestanę zauważać.